KONKURS: Młoda polska emigracja w Holandii – Agnieszka Steur opisuje swoje życie w Kraju Tulipanów – 07.08.2008

Publikujemy pracę Agnieszki Steur (30 lat) nadesłaną na konkurs portalu Polonia.NL i Senatu RP pt. “Polacy na ścieżkach świata – blaski i cienie emigracji”.

Z pamiętnika Polki na emigracji:
Kilka dni z wielu
Agnieszka Steur z Hilversum (30 lat)

1. U logopedy

Dziś znów byłam u logopedy. Mój synek musi tam chodzić. Nie lubię tych wizyt. Ponoć są potrzebne, ale ja mam czasem wątpliwości. To trwa już długo, a ja nie słyszę słów zadowolenia. Mój mały stara się jak może i nadrabia zaległości.

Najgorsze, że zawsze, gdy tam jestem, czuję się trochę jak głupek. Nie umiem dojść do tego, czy pani logopeda uważa mnie za głupka, czy to ja sobie tylko wmawiam. Niewiedza ta nie zmienia faktu, że nie lubię tam chodzić.

Dziś ćwiczono wymowę „ui” i „au”. Dla mojego malucha jest to odrobinę skomplikowane, ale sobie radzi. Dla mnie natomiast prawie niewykonalne… niewymowne. Było auto i tuin, uil i dużo innych słów. W pewnym momencie, gdy już czas zajęć dobiegał końca, pani logopeda zwróciła się do mojego syna i powiedziała: – Musisz to ćwiczyć w domu, ale rób to z tatą, bo mama nie jest w tym najlepsza.

Zamurowało mnie. Moja reakcja ograniczyła się do bezdechu. Logopeda nie powiedziała niczego, co by było niezgodne z prawdą. Nie zareagowałam, no bo zresztą co miałam zrobić. Ja i tak zazwyczaj reaguję z opóźnieniem. Choć teraz, nawet z opóźnieniem, nie wiem, co mogłabym powiedzieć. Nie chcę, aby dyskredytowała mnie przed moim dzieckiem. Nie chcę, aby mu wytykała to, czego nie potrafi jego mama. Ono to i tak wie, zdaje sobie sprawę, że w języku niderlandzkim jestem słabsza. Wie za to, że jestem dobra w innym języku. I to się liczy! Może gdybym zareagowała, syn wiedziałby, że to mnie zabolało? Tak było, minęło i jakoś to będzie. Do następnego wtorku, gdy znów pójdziemy na wizytę…

Ja potrafię powiedzieć – chrząszcz brzmi w trzcinie!
Widzę. Zabolało mnie…

2.Samodzielność

Być samodzielnym w innym kraju. Hmm… samodzielność to okropne słowo! No nie, tak naprawdę to słowo wcale nie jest takie straszne, tyle, że treść i to, co ze sobą niesie, jest czasem trudne do rozgryzienia. Czasem być może trochę trudniejsze, gdy jest się w kraju, gdzie wszystko działa trochę na wspak.

Chyba najpierw trzeba ustalić, czym jest właściwie ta samodzielność? Ja zawsze mam z tym kłopoty, przynajmniej jeśli chodzi o mnie samą. Gdzie przebiega granica między samodzielnością a pewnością siebie? Właściwie są chwile, że oba te pojęcia stają się nieostre i nie potrafię dostrzec między nimi różnicy.

Czasem, gdy nie jestem pewna tego, co chcę zrobić, wydaje mi się, że coś jest nie tak z moją samodzielnością, a to przecież błąd! Tak naprawdę chyba właśnie w tych zwątpieniach jest jej najwięcej, w zastanawianiu się, w rozmowach ze sobą samym i w szukaniu rozwiązania tego najlepszego. Potem gdy wreszcie coś postanawiam pojawia się zadowolenie z siebie. Czy jestem tak naprawdę samodzielna? Pewnie, że tak!

Zastanawiam się nad tym, jak to było z tą moją samodzielnością. Właściwie był to proces tak naturalny, że nawet nie zauważyłam, kiedy to się stało. Spakowałam się, wyjechałam do Holandii i stałam się samodzielna. Chyba właśnie wtedy to się stało. Choć tak do końca nie jestem o tym przekonana. Moje kłopoty z samodzielnością to walka o prawo do niej. Teraz o wiele gorzej znoszę to, gdy ktoś mi ją ogranicza lub odbiera.

Samodzielność ma dla mnie też całkiem inne oblicze. Muszę nauczyć moje dzieci, jak być samodzielnym, i to jest piekielnie trudne, szczególnie w kraju, gdzie do wszystkiego podchodzi się tak z zimną krwią, że czasem temperatura spada poniżej zera. Muszę wiedzieć, kiedy pozwolić im bawić się samodzielnie w piaskownicy, kiedy mogą zacząć chodzić do domów innych dzieci. Oczywiście wiem, że one to wszystko potrafią znacznie wcześniej, niż ja jestem w stanie im to przyznać. Im i sobie samej. Tego boję się najbardziej, że to ja mogę stać na drodze do ich samodzielności.

3. Polszczyzna – ojczyzna

Polszczyzna to również ojczyzna. Język polski to język, w którym myślę, marzę i śnię. Ojczyzna to Polska, kraj, który opuściłam ponad osiem lat temu. Zabrałam ze sobą całe mnóstwo rzeczy. To, co wtedy wydawało mi się ważne. Wciąż coś ze sobą zabieram. Mam polskie książki, fotografie, obrazy, wydmuszki na Wielkanoc i bombki na Boże Narodzenie.
W moim domu mieszają się wspomnienia z drobinami holenderskiej kultury. Co jakiś czas przemknie się też gdzieś gnom, bo tak jak moje polskie korzenie są obecne u nas w domu, tak i korzenie mojego męża ukazują się w jakiejś irlandzkiej, czterolistnej koniczynie i w garńcu złota zakopanym na końcu tęczy.

Z Polski zabrałam wspomnienia i tradycje a także polski temperament i wrażliwość. Zabrałam też coś co nie jest rzeczą, jest natomiast czymś, bez czego nie mogę żyć. Mój język. Jest on czymś, co mimo, że rzeczą, nie jest ma siłę wielu przedmiotów. To słowa w tym języku ranią najbardziej i to ta mowa potrafi mnie najgłębiej wzruszyć. „Mąż” wydaje się poważniejszy niż man, „syn”, „córka” czulsze niż zoon, dochter, a „motyl” jest jakby lżejszy i wyżej frunie niż vlinder.

Teraz już wiem, że ojczyzna to raczej nie kraj na mapie, a znacznie bardziej w sercu. Moja ojczyzna jest we mnie. Teraz nie potrafię już do końca odnaleźć się w Polsce, bo to, co najcenniejsze, zabrałam z Polski ze sobą. Stworzyłam sobie moją małą ojczyznę gdzieś daleko.

Teraz już wiem, że dzięki mojemu językowi mam coś, co zawsze będzie mnie łączyć z tym co najlepsze w Polsce. Jednak to, co najważniejsze to „mama oć tu!” w ustach moich dzieci i „wytaj kfatuszek” w telefonie od męża.

4. Rozmowa o powrocie

Rozmawiałam dziś z mamą kolegi mojego syna. Ta pani wiele lat spędziła za granicą. Teraz postanowiła wrócić do Holandii. Pytałam dlaczego. Odpowiedziała mi, że nie potrafiła wyobrazić sobie siebie starzejącej się tam. Zastanowiłam się nad tym, czy ja mogę zobaczyć siebie starą w Holandii. Chyba już mogę, ale dlaczego? A może wcale nie mogę, bo jeszcze nie dotarłam do miejsca, gdy człowiek zastanawia sie nad sobą jako babcią. Jak to jest ze mną? Czym różnię się od niej? Czym różni się moja sytuacja od tej, w której ona żyje?

Rozmawiałyśmy dalej. Kobieta zdziwiła się, gdy powiedziałam jej, że mój dom jest właśnie tutaj. Z jednej strony poczułam sie winna, czyżbym zdradziła swój kraj? Zastanowiłam się, dlaczego ona tak bardzo mi się dziwi. Może w tym, co powiedziałam, jest coś niewłaściwego? Słuchałam, co mówiła, a im dłużej rozmawiałyśmy, tym bardziej zastanawiałam się nad tym, co ja czuję, co ja przeżywam i gdzie ja tak naprawdę jestem.

Kobiecie po policzkach ciekły łzy, bo tutaj też nie potrafi się odnaleźć. Najprostsze sprawy sprawiają jej kłopot, a to przecież jej ojczyzna. Ludzie stali się jacyś inni, w sklepach jest coś innego, ruch na ulicach i te rowery… Ona bardzo się dziwiła moim słowom, bo pragnęła wierzyć, że jednak to, czego szukała znajdzie w Kraju Tulipanów. Nagle okazało się, że tam tego nie było, ale i tu nie można tego odnaleźć. Jeśli ja mogłam zabrać z Polski to, co ważne, a ona tego tu nie potrafi odnaleźć, to co dalej?

Zabawne, człowiek wyjeżdża i myśli, że „jakby co” to wróci, bo to przecież ojczyzna. Jednak mieszkanie gdzieś tam zmienia. Człowiek się zmienia i w jakiś sposób kraj, z którego się wyjechało, też się zmienia. Tak naprawdę, nie ma powrotu. To tak jak z tą Heraklitową rzeką, do której nie można wejść dwa razy. Niby stoi się w tym miejscu co kilka lat wcześniej, ale wszystko jest jakieś trochę inne. Tej kobiecie jest ciężko, bo ona tego nie rozumie, ona nie potrafi mnie zrozumieć, bo nie doszła do tego miejsca, gdzie ja jestem.

Ja wiem, że tutaj na zawsze pozostanę obca, nawet jeśli Królowa podpisała dokument stwierdzający, że jestem Holenderką. Ja się nią nigdy nie stanę. Zawsze będę musiała udowadniać, że nie jestem gorsza, tylko dlatego, że pochodzę stamtąd. Tam też nie będę się już czuć tak jak kiedyś. Wiem, że ona to czuje, dlatego te łzy. Spodziewała się, że wróci do tego, co zostawiła jedenaście lat temu. Ja już wiem, że dom i ojczyzna to nie miejsce na mapie, to nie dom przy jakiejś ulicy. To coś, co się tworzy samemu.

Człowiek zawsze tęskni za tym, czego nie ma, za cieplejszym klimatem, za tamtym miastem, za kiełbasą, za lepszą sytuacją ekonomiczną, za rodziną, za Grechutą, przyjaciółmi, za chlebem i za sprzedawczynią, która wie, co to ogórki kiszone. Tęsknić się będzie zawsze i nic tej melancholii nie zmieni. Łatwo jest narzekać, łatwo jest myśleć, że tam jest lepiej. Naprawdę trudno jest stworzyć swój własny świat, odgrodzić się od ludzi, którzy myślą, że mnie znają, choć nigdy mnie nie poznali. Jest bardzo trudno i to się nigdy nie kończy. Codziennie trzeba nad tym pracować, ale jeśli tylko się zacznie, to jest trochę łatwiej. Jeśli tylko potrafię zobaczyć, że moja droga jest właśnie tu, jest lepiej… trochę lepiej.

5. Obawy i tęsknoty

Popatrzyłam na górę prasowania i stwierdziłam, że dłużej już nie uda mi się tego odkładać. W szafach świecą pustki, a wszystko pogniecione jest w koszach. Trzeba się za to zabrać. Rozstawiłam deskę na środku pokoju, tak aby widzieć telewizor. Tej góry nie dam rady pokonać bez fajnego filmu. Włączyłam Canal+, zaraz miał się zacząć „Pan Tadeusz”. Nie, to nie jest film do prasowania. Do tej czynności muszę mieć jakiś głupi film, sensacje albo romans. Najlepiej coś co już widziałam, bo akcja nie może wpłynąć na rozliczne poparzenia rąk. Nie przełączyłam. Film się zaczął, a mnie zaczęło się robić jakoś dziwnie.

Dziś dla nas, w świecie nieproszonych gości,
W całej przeszłości i w całej przyszłości
Jedna już tylko jest kraina taka,
W której jest trochę szczęścia dla Polaka,
Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
Święty i czysty, jak pierwsze kochanie…

(Epilog, wers nr. 64-69)

Czułam, jak łzy płyną mi po policzkach. Tyle razy czytałam ten tekst, ten film też widziałam kiedyś dawno. Teraz jednak te słowa jakoś inaczej zabrzmiały w moich uszach. Wiem, zmieniła się perspektywa i dlatego to wszystko stało się inne. W tym tekście ukryte są obawy i tęsknoty wielu, ale w tym momencie poczułam, że to ja, że to o mnie. Nagle gdzieś tam dostrzegłam siebie.

To była dziwna chwila. Patrzyłam i słuchałam. Obrazy, muzyka i słowa, reszta była jakoś mniej ważna. Już nie drażnił dobór aktorów ani przemawiające przez nich uczucie sztuczności, jakiejś nieprawdy. Przypomniały mi się wakacje wśród takich właśnie lasów brzozowych. Przypomniały mi się jagody i szum Łękawki. Przypomniały mi się oscypki i domowy ser z Katowic, grzyby na blasze i te żółte kwiaty, które były wyższe ode mnie. Pokrzywy, wróble i lodowata woda ze studni, tak czysta jakby jej wcale nie było. Już nie mogłam prasować, ryczałam. Stałam z żelazkiem w dłoni i najnormalniej w świecie ryczałam.

– Mama co jest? – wyrwało mnie ze wspomnień i łez.
– A nic… nic. O co chodzi?
– Mogę film dla dzieci? – spytał mój synek chyba wciąż nie wierząc, że może być wszystko w porządku, skoro mam taki wyraz twarzy. Spojrzałam jeszcze raz na Zamek Sopliców.
– Pewnie – powiedziałam i za chwilę na ekranie pojawiły się postacie z kreskówek. Westchnęłam jeszcze raz i zabrałam się za prasowanie.

Opublikowane w portalu Polonia.NL 07.08.2008 (aktualizacja 18.09.2008)

 ****

Reakcje przyślij na info@polonia.nl (warunki publikacji: maks. 400 słów, polskie litery, podaj: nazwisko, imię, wiek, jak długo mieszkasz w Holandii/jesteś poza krajem). Publikujemy je tutaj.