HOLANDIA: Katolicyzm uporu – esej ks. KAROLA WOJTYŁY (z 1947 r.)

Przypominamy tekst, który w 82. rocznicę urodzin Jana Pawła II tj. 19
maja 2002 r. opublikował „Tygodnik Powszechny”. Był to nieznany tekst
ks. Karola Wojtyły, odnaleziony w Archiwum Jerzego Turowicza. Artykuł
ten to plon podróży, jaką Karol Wojtyła po zakończeniu studiów w Rzymie
odbył w 1947 roku do Francji, Belgii i Holandii.

Holandia: Katolicyzm uporu (1947 r.) – Ks. KAROL WOJTYŁA

Wstęp – Niespodziewane odkrycie
Kilka
tygodni temu, w chwili, gdy po blisko trzech latach pracy w wstępne
porządkowanie olbrzymiego zasobu dokumentów zbliżało się już do końca,
a liczba wyodrębnionych z tej masy korespondentów oraz teczek
tematycznych sięgnęła dwóch tysięcy, otwarto grubą kopertę opisaną
jeszcze ręką Pani Anny Turowiczowej. Miały się w niej znajdować
„papiery Jeża (tj. Jerzego Turowicza) prastare”. Istotnie, zawartość
pochodziła w całości z lat 40., częściowo z okresu wojny. Na wielkim
drewnianym stole w Herbewie znalazły się odręczne notatki Turowicza
poświęcone Gałczyńskiemu, anonimowe artykuły w maszynopiśmiennych
kopiach na przebitce, być może dla konspiracyjnej „Kultury Jutra”, a
także rozmaite listy.

Był tutaj też pewien rękopis: 13 nieco
pożółkłych kartek formatu 17,5 na 21 cm, obustronnie zapisanych piórem:
wyraźne, równe pismo z niewielką ilością skreśleń i poprawek. Nie miał
tytułu (obecny pochodzi od redakcji „TP”) ani nazwiska autora, jednak
zarówno charakter pisma, jak i sygnatura umieszczona w lewym górnym
rogu pierwszej strony wydawały się znajome. Sięgnęliśmy do jednej z
teczek, gdzie znajdował się inny rękopis, z początku lat 50.: recenzja
Andrzeja Jawienia ze spektaklu Teatru Rapsodycznego. Nie było
wątpliwości: to ta sama ręka. A przecież Andrzej Jawień to pseudonim
księdza Karola Wojtyły…

Rękopis okazał się nieznanym tekstem
księdza Wojtyły, niewątpliwie kontynuacją jego debiutu w „Tygodniku”:
opublikowanego w numerze 9 z 1949 roku artykułu „Mission de France”.
Oba stanowiły plon podróży, jaką Karol Wojtyła po zakończeniu studiów w
Rzymie odbył do Francji, Belgii i Holandii; pisze o tym dalej ks. Adam
Boniecki. Dlaczego odnaleziony teraz tekst nie ukazał się w 1949 roku,
skoro „Mission de France” wydrukowano jako „wstępniak”? Dlaczego
pozostał w papierach red. Turowicza? Jakiekolwiek były przyczyny – po
53 latach naprawiamy dziś to niewątpliwe zaniedbanie…
Tomasz Fiałkowski, Michał Smoczyński (Archiwum Jerzego Turowicza)

Katolicyzm uporu – KS. KAROL WOJTYŁA
 
Spostrzeżenia
poczynione w Belgii i we Francji muszą nasunąć nam taką ogólną uwagę:
zauważone w tamtych społeczeństwach przejawy życia katolickiego
stwarzają pewną całość, dopełniając się wzajemnie. Nie sposób bowiem
ujmować ich pod jednym tylko kątem widzenia, np. jako obraz ruiny
katolicyzmu, jakby to w pierwszej chwili mogło się narzucać przy
pobieżnym rozważaniu owego splotu zagadnień, które składają się na
„pays de mission”. Obraz życia katolickiego nigdy i nigdzie nie może
być tak całkowicie jednostronny i beznadziejny. Pracują zawsze w jego
nurcie pewne przebiegi wyrównawcze. I tak np. pojęciu „pays de
mission”, ba, owszem samej rzeczywistości, którą taką określono nazwą,
odpowiada inne pojęcie i inna rzeczywistość, którą już obecnie nazwano
„communauté missionaire”. „Pays de mission” oznacza pewne wykańczanie
się, wygasanie złóż życia chrześcijańskiego. Jest ono stopniowe, długo
utrzymuje się w pozorach, łudzi tymi pozorami, w końcu odsłania się w
całej swojej pustce. Te złoża wygasania postarano się nawet dokładnie
rozgraniczyć i pookreślać: katolicyzm oderwany od właściwych sobie
źródeł życia nadprzyrodzonego utrzymuje się jeszcze jako pewien styl
kultury, w końcu i to zanika. Wypada nadmienić, że samo to
przechodzenie mogłoby stać się przedmiotem ciekawego i dogłębnego
studium.

Tymczasem jednak chodzi nam o co innego.
Powiedzieliśmy, że katolicyzm, który jest obwodem życiowo zamkniętym,
nieprzerwanym, a przy tym samowystarczalnym, nigdy nie może się
pojawiać jako całkowita ruina, jako bezwzględne rozdarcie. Zawsze skądś
ukaże się dodatni odpowiednik procesów rozkładowych. Jest to w
ostatecznej analizie tajemnica życia mistycznego organizmu, życia
udzielonego i kierowanego nadprzyrodzonym wpływem Ducha Świętego. W
każdym razie sam układ życiowych sił katolicyzmu jest taki, że ten
dodatni odpowiednik może się ukazać – przesłanki dla niego istnieją w
Ewangelii, przesłanki życiowe w tajemniczym działaniu łaski. Dla
człowieka tedy, który jest świadom tych wszystkich prawd o
katolicyzmie, który z uwagą postrzega przebieg zarysowanych
odpowiedniości, najciekawszą rzeczą będzie nie samo stwierdzanie
rozkładu, ale z napiętą uwagą wpatrywał się będzie w kiełkowanie
procesów odrodzeńczych w obrębie tego życia. I tak np. z drżeniem
będzie śledził, czy i o ile ta postać życia chrześcijańskiego, którą
stwarzają współczesne parafie misyjne we Francji, odpowie wymogom
życia, czy i o ile zasada apostolstwa świeckich, apostolstwa
dostosowanego ściśle do środowisk, zdoła zastąpić na szeroką skalę
dotychczasowe duszpasterstwo bezpośrednie, ześrodkowane wokół samego
kapłana. Są to wszystko zagadnienia życiowe, zagadnienia – warto dodać
– pasjonujące. Studium stosunków francuskich i belgijskich stawia nas,
zdaje się, nie tylko wobec pewnych wypadków, ale bodaj czy nie wobec
pewnych praw wartych notowania i sprawdzania. Już sama Belgia stanowi
tutaj coś w rodzaju komory laboratoryjnej dla francuskiego katolicyzmu.
Różnice są oczywiście dość znaczne: żywioł flamandzki wnosi w
belgijskie życie katolickie ogromnie wiele umiaru, równowagi,
pierwiastka organizacji budowanej na silnych podwalinach, i to zarówno
duchowych, jak materialnych. Przy tym coś bardzo rzetelnego, trwałego.
Zrozumienie życia jako ciągłego, uporczywego podboju, w którym nigdy
nie należy pożądać wielkich zwycięstw, zadowalać się skromnymi, ale
ciągłymi. I jeszcze jedno – Flandria wnosi w belgijskie życie
katolickie wyraźny pierwiastek autentycznej, religijnej tradycji – i to
tradycji bardzo jeszcze rzeczywistej, nie rozkładanej od środka. Jest
to na ogół inna postać tradycji niż nasza polska: tamta jest raczej
mieszczańska, nasza raczej ludowa i wiejska.

Ale Walonia inaczej. Różnica jest uderzająca. Jest to nie tylko ta
część Belgii, w której mówi się po francusku, ale w której powtarza się
dość wyraźnie, chociaż w mniejszym nasileniu, cała sprawa francuska, a
więc: wielkie ośrodki przemysłowe, gdzie znajdujemy prawie „pays de
mission”, środowiska wiejskie i mieszczańskie o podobnych cechach
szczątkowo katolickich jak francuskie. Nie dziw tedy, że Belgia może
stanowić laboratorium francuskiego katolicyzmu. Przecież Belgowie są
doskonałymi pracownikami; jest ich przy tym sporo i umieją doskonale
pracować. Pracę kochają i lubią studiować jej wymogi i skrzętnie
notować osiągnięcia. Jest to w dużej mierze udział flandryjski. On to
właśnie równoważy żywioł romański, będąc zaś z nim organicznie
związany, z konieczności zajmuje się jego zagadnieniami, rozpracowuje
je i tak bierze w nich czynny udział. Zestawienie to bardzo szczęśliwe
i owocne.

Jeśli jednak przesuniemy się nieco dalej na wschód i
północ, znajdujemy żywioł flamandzki – niderlandzki w jego postaci
wyodrębnionej, niezwiązany z francuskim, nie uczestniczący w
załamaniach i odradzaniach się tego ostatniego, ale żyjący w sobie. I
wtedy pole doświadczeń staje się znów w inny sposób ciekawe. Znane nam
zagadnienia zupełnie znikają w swej dotychczasowej postaci. A mimo tego
narzuca się bogaty materiał porównawczy.

Holenderski katolicyzm
utworzony jest z zupełnie innej tkanki, na zupełnie innych pracuje
zasadach. Nie znamy dosyć szczegółów jego życia, aby odważyć się na
podjęcie sprawozdania, ale każdego, kto zajechał do Holandii wprost z
Francji i Belgii i przypatrzył się przejawom holenderskiego
katolicyzmu, musi on uderzyć właśnie od strony porównawczej. Porównania
niejako prędzej się tutaj narzucają niż samo szczegółowe roztrząsanie
faktów. Prędzej dostrzegamy owoce przeróżnych uwarunkowań, bądź to
historycznych, bądź o sam charakter ludu opartych, aniżeli zdążymy
wniknąć szczegółowo w sam rdzeń holenderskich osiągnięć. Zresztą
pobieżnie i ogólnie są one na ogół znane: mniejszość ilościowa przy
równoczesnej większości jakościowej, głębokie zrozumienie wszystkich
życiowych zagadnień katolicyzmu, takich jak misje zamorskie wśród pogan
(odpowiednik kolonialnej potęgi holenderskiej), jak głęboka wiedza
chrześcijańskiego światopoglądu (Uniwersytet Katolicki w Nimwegen), jak
pełne docenianie wszystkich przejawów życia kulturalnego (prasa,
radiostacja katolicka w Hilversum), wreszcie politycznego (partia
katolicka, wpływ na rządy w państwie, premier-katolik).

Te wszystkie szczegóły są mniej lub bardziej ogólnie znane. Pytamy
raczej w tym szkicu porównawczym o zespół uwarunkowań tego całego stylu
katolicyzmu holenderskiego. Otóż dość wyraźnie wyczuwa się, że jest to
styl pewnego uporu, przy tym uporu w znaczeniu właściwym dla Flamandów,
uporu ogromnie rozumnego i roztropnego. Taki właśnie bezcenny upór jest
podstawą dźwigania się holenderskiego katolicyzmu. Przed tym jeszcze
należy sobie uświadomić, że katolicyzm w tym kraju również przeżył swój
upadek, swe poniżenie przetrzymał w ciągu stuleci. Jeszcze teraz jakiś
przypadkowy katolik, zapytany na dworcu w Bredzie o rozkład jazdy
pociągów, tak ci będzie tłumaczył: „Proszę spojrzeć, jak mało linii
kolejowych w tej części Niderlandów, a jak wiele ich jest w tamtej? –
To właśnie dlatego, że ta część zawsze pozostała katolicką, a katolicy
zawsze stanowili upośledzoną mniejszość ludności Niderlandów…” To
oświadczenie nie jest przypadkiem. Jest wyrazem pewnego poczucia,
pewnej świadomości. Tu właśnie odnajdujemy przejaw owego bezcennego
uporu, w którym katolicyzm holenderski przetrwał do dzisiaj i dzisiaj
właściwie idzie od zwycięstwa do zwycięstwa. Jego postawa podczas
okupacji niemieckiej, którą Holendrzy zdaje się boleśniej wspominają
niż Belgowie, stanowiła znów ogromny krok naprzód, tak dalece, że
królowa-protestantka (dla królowej katolicy żywią cześć, mimo
świadomości, że darzy ona raczej sympatią swych współwyznawców, chociaż
w swych rządach jest sprawiedliwa i liczy się z przedmiotowym rozkładem
sił społecznych i politycznych kraju) – otóż, królowa czuła się
zmuszoną zaraz po powrocie do ojczyzny dać wyraz uznania tej postawie
katolickiego episkopatu, kleru i ludu. Holendrzy chętnie i często o tym
wspominają.

Ale wróćmy do punktu wyjścia, do owego zbiorowego
poczucia, do uporu, który zrodził się z faktu systematycznego
upośledzenia wszystkiego, co katolickie w Królestwie Niderlandów. Ten
fakt prawem jakiegoś dziwnego wymogu stał się źródłem odrodzeńczych
sił. Katolicyzm holenderski, o ile pokrótce możemy zdać sobie z tego
sprawę, nie przechodził powolnego rozkładu od wewnątrz, nie przebiegał
przez stopnie rzeczywistego odstępstwa przy zachowaniu pozorów kultury,
takie stopnie, jakie uświadomiło nam badanie francuskiego zagadnienia
„pays de mission”. Jego upadek był dziełem uderzenia od zewnątrz, nie
rozkładowej siły racjonalistycznego humanizmu. I dlatego jego losy
musiały się inaczej ułożyć. Przy tym to uderzenie od zewnątrz było
raczej polityczne i historyczne, tak jak we wszystkich utratach
Kościoła na rzecz protestantyzmu, niż światopoglądowe i moralne, jak w
wypadku współczesnego zagadnienia Francji. I dlatego też badanie
stosunków holenderskich nie potrafi nam tak dogłębnie odsłonić
możliwych przebiegów rozkładu i odradzania się katolicyzmu, nie
śledzimy jego losów z takim napięciem, jak francuskiej „communauté
missionaires” lub belgijskiego JOC.

O wiele bardziej odnajdujemy
losy Francji w obecnym stanie holenderskiego protestantyzmu. Tak, ten
ma swoje „pays de mission”, po wielkich miastach, w takim np.
Amsterdamie ilość ludzi po prostu niewierzących lub też zachowujących
jeszcze jakieś szczątkowe prawdy religijne stanowi wysoki odsetek.
Łatwo nam zrozumieć, o ile taki stan rzeczy wypływa z samych założeń
myślowych protestantyzmu, zwłaszcza w jego ostatnim liberalnym ujęciu.
Obecnie tę wielką liczbę ludzi obywających się w praktyce bez religii
można uważać za pola misyjnej działalności obu stron: i protestantów, i
katolików. Wyczuwa się jednak, że typ niewierzącego w Amsterdamie czy
Hadze będzie się różnił od niewierzącego z „pays de mission”. Znów
odcisnęły się na ich usposobieniu różnorodne przyczyny. Inaczej musi
się ukształtować niewiara jako wynik rewolucyjnego i racjonalistycznego
liberalizmu, inaczej jako wypływ pewnej, aczkolwiek liberalnej i
racjonalistycznej, niemniej jednak teologii. Stąd w „pays de mission”
będziemy mieć do czynienia raczej ze zjawiskiem całkowitego braku, w
wypadku holendersko-protestanckim raczej z przejawem ogromnie
głębokiego ochwiania.

Nie wchodźmy głębiej w to zagadnienie,
gdyż leży ono raczej obok zespołu najżywotniejszych spraw
holenderskiego katolicyzmu. Zdaje się bowiem, że najpierwszą dla niego
potrzebą nie jest zdobywać ów protestancki „pays de mission”,
najwyraźniej pracuje on w innej linii. Nie jest to katolicyzm misyjny w
obrębie swego pola wewnętrznego, zasada działania polega w nim na
wydobyciu jak najpotężniej wszystkich możliwych wartości tkwiących w
samej społeczności katolickiej (ściślej: w katolickiej części
społeczeństwa holenderskiego) po to, aby takim jakościowym wysiłkiem
zrównoważyć ilościową i historyczną przewagę holenderskiego
protestantyzmu. Jeśli powiedziano powyżej, że jest to katolicyzm uporu,
to należałoby dorzucić obecnie, że upór ten ma wszystkie cechy
współzawodnictwa. Po prostu zbiorowa wola sprawdzenia wartości jednego
i drugiego wyznania.

Ale od razu trzeba nadmienić: stąd, że
katolicyzm holenderski najwyraźniej kształtował się i nadal kształtuje
jako funkcja przeciwstawna względem protestantyzmu, wynikają
bezpośrednio pewne następstwa. Jest ich kilka. Zacznijmy od
najgłębszych.
Chodzi więc najpierw o to, jaki aspekt, jakie ujęcie
katolickiej prawdy i katolickiego życia ujawnił ten katolicyzm jako
funkcja przeciwstawna protestantyzmu. W tym miejscu porównanie z
zagadnieniem francuskim jest może najbardziej uderzające. O ile bowiem
we francuskim ruchu misyjnym rzuca się w oczy usilne podkreślanie tego,
co można by określić jako „mystique”: wydobywa się tam to wszystko, co
razem tworzy ów nadprzyrodzony wyraz życia zarówno osobistego, jak i
społecznego, to natomiast holenderski katolicyzm, czerpiąc oczywiście z
tychże samych źródeł, rozbudowuje się jednak z całą starannością i przy
dokładnym wyzyskaniu wszystkich możliwości, na płaszczyźnie
przyrodzonych skutków katolickich zasad i katolickiego życia. Stąd nie
tyle tam się słyszy o „mistyce” życia rodzinnego, natomiast dba się po
prostu usilnie o liczną i pełnowartościową rodzinę katolicką, nie tyle
się rozpatruje chrześcijańską „mistykę” pracy, a tworzy się po prostu
chrześcijański ruch robotniczy. Jest to różnica bardzo znamienna,
wynikła z różnorodnych uwarunkowań: w jednym wypadku chodzi o
przeciwstawienie właśnie mistyki nadprzyrodzonej chrześcijańskiego
światopoglądu ściśle przyrodzonej i doczesnej „mistyce” materializmu
(„mistyka” pojawia się tu jako załamanie i odbicie tegoż materializmu w
rozumowych dyspozycjach Francuzów).

Stąd tak ważny się staje w owym ruchu odrodzeńczym francuskich misji
pierwiastek przedmiotowy, właśnie ta „mystique”, która za sobą pociąga
długi trud przekonywania, a jeszcze uciążliwszy trud wyboru. W
przeciwieństwie do tego w Holandii dwa wyznania chrześcijańskie zmagają
się o potwierdzenie w życiu, a zatem na płaszczyźnie praktycznej i
daleko bardziej „przyrodzonej” wartości swoich założeń. Jeśli
niewierzącego Francuza z „pays de mission” ma przekonać o prawdzie
katolicyzmu ubóstwo księży z „Mission de France”, ich życiowe zrównanie
z robotnikiem przez podobieństwo stopy życiowej, przez sam fakt
fizycznej pracy, to natomiast Holendra-protestanta, Holendra tak
ogromnie trzeźwego i praktycznego ma przekonać o praktycznej i życiowej
prawdzie katolicyzmu wymowa zbiorowego faktu dokonanego, cały zespół
skutków czysto przyrodzonych katolickiego światopoglądu. Trzeba
przyznać, że jakkolwiek w tym ostatnim wypadku znajdujemy się już z
dala od samych założeń, to jednak wyczuwamy, że sama odległość tych
założeń, samo napięcie pomiędzy nimi nie było nigdy tak radykalne, że
nigdy na początku tego przeciwstawienia nie rzucono na szale jakichś
dwu przeciwległych „mistyk” o takiej odległości.

To jest pierwszy moment porównawczy, moment zdaje się najgłębszy i
najistotniejszy. Życiowy wyraz katolicyzmu holenderskiego tworzył się
od dawna i ciągle się jeszcze tworzy właśnie jako funkcja przeciwstawna
innego chrześcijańskiego wyznania, które materialnie rzecz biorąc,
zachowuje cały szereg założeń myślowych i życiowych wspólnych z
katolicyzmem. Przyszły katolicyzm „misyjny” francuski utworzy się
prawdopodobnie jako funkcja przeciwstawna zupełnie sprzecznej z
chrześcijańską „mistyki” walki i wyłącznego szczęścia doczesnego.
Rozumiemy już teraz chyba całą różnicę napięć w jednym i drugim.

Z
tym podstawowym wydobyciem życiowej funkcji przeciwstawnej łączy się
bezpośrednio odmienne rozłożenie założeń myślowych w jednym i drugim
wypadku. W wypadku francuskim spotykamy, rzecz zrozumiała, przy jasnym
zarysowaniu samej istotnej „mistyki” skłonność do pewnego rozszerzania
myślowego na płaszczyźnie doczesnych i przyrodzonych następstw
chrześcijańskich założeń, owszem, skłonność do wychodzenia pod tym
względem naprzeciw ideowego przeciwnika, szukania wspólnych z nim pól,
zawłaszczania wysuniętych przezeń placówek pod zasięg własnej „mistyki”
(i tak np. pojęciu wspólnoty społeczno-gospodarczej ma odpowiedzieć
wspólnota chrześcijańska parafii „paroisse communauté missionnaire”,
pojęciu pracy w ujęciu marksistowskim chrześcijańska „mistyka” pracy,
która jest świadomym i podmiotowo nadprzyrodzonym współdziałaniem w
dziele Stwórcy i Ojca). Zupełnie odmiennie w holenderskich ośrodkach
katolickiej myśli i życia będziemy napotykać wyraźną dążność do
odcinania się, do stanowczego przeciwstawiania się. Łatwo odgadnąć, że
taka postawa rozpoczyna się właśnie w owej funkcji przeciwstawnej
względem protestantyzmu. Konieczność sąsiadowania i współżycia z tym
ostatnim wpłynęła na jej stopniowe wytworzenie. Sąsiedztwo to bowiem i
współżycie domagało się ciągłej interpretacji tych samych źródeł, tych
samych zasad i przesłanek religijnych w odrębny sposób. Należy to
podkreślić: chodziło tu o stanowczo odrębną interpretację tych samych
zasad i przesłanek. Wówczas stanie się łatwo zrozumiałą ta postawa
odcinająca się, ta konieczność wyraźnego rozdziału. Tym bardziej, że w
założeniu było to nastawienie obronne, natarcie wynikło siłą faktu z
umocnienia się na własnych stanowiskach przy równoczesnym rozkładzie
stanowisk przeciwnika. Czy to ma znaczyć, że tam, gdzie chodzi o
różnice jeszcze dalsze, o różnice samych najpierwszych zasad i źródeł,
tam owo przeciwstawienie się nie powinno być wyraziste i stanowcze?
Bynajmniej, ale przy jednym równocześnie zastrzeżeniu: jeśli się nie ma
przed sobą „pays de mission”, narosłych w drodze procesów rozkładowych
dawnej chrześcijańskiej tradycji pod uderzeniami z zewnątrz, ale
uderzeniami natury światopoglądowej i moralnej. Wtedy, w takim terenie
misyjnym, gdzie chodzi o zupełne zdobywanie, o odzyskiwanie dusz dla
chrześcijańskiej „mistyki”, tam niepodobna oczywiście zaczynać od
odcinania się, od przeciwstawiania, raczej należy łagodnie acz nie bez
ogromnego wysiłku, podprowadzić na pole własnego zrozumienia tych
samych zagadnień, tych samych trudności i bolączek. Dlaczegoż ich
sprawiedliwe i postępowe rozumienie i rozwiązanie w życiu ma się
koniecznie łączyć z niewiarą, kiedy właśnie tylko wiara daje na nie
całkowitą i ze wszechmiar wystarczającą odpowiedź? – O, takie jest
właśnie podejście duszpasterzy w „Mission” czy w JOC.

W katolickich natomiast ośrodkach holenderskich odczuwamy niejako
przedłużenie tej samej postawy wyrazistej i stanowczo odcinającej się
również na odcinku zagadnień społecznych i gospodarczych. Czy znowu
można się dziwić temu, skoro widzieliśmy już, że cała holenderska
tradycja katolicka jest tradycją owego bezcennego uporu? Nie jest to
tradycja zachowawcza, tradycja li tylko przywiązania, ale wręcz
tradycja uporu, walki i stanowczego odcinania się. Tworzy ją splot
nastawień i zarazem splot osiągnięć, splot wysiłków i zarazem splot
wyników. Nie wysuwa się w niej na pierwszy plan jakaś potrzeba
przekonywania, łagodnego podprowadzania, raczej potrzeba nakazu
scalającego wszystkich katolików. Nakaz taki oczywiście o tyle jest
uzasadniony, o ile go słuchają i wprowadzają w życie. A tak jest
właśnie w wypadku katolików holenderskich. Tego nauczyli się w ciągu
swej długiej tradycji odcięcia i uporu, nauczyli się za pośrednictwem
swego bolesnego upośledzenia. I dlatego rozumieją, że taki nakaz
scalający powinien dotyczyć wszystkich następstw w życiu. A zatem
katolicyzm to znaczy: chrzest, liczna rodzina, szkoła katolicka dla
dzieci, uniwersytet katolicki dla dorastających, liczne powołania, i to
zarówno wewnątrz kraju, jak też potężny udział w zewnętrznym ruchu
misyjnym; prócz tego: katolicka partia w parlamencie, katoliccy
ministrowie w rządzie, katolickie syndykaty robotnicze, organizacje
młodzieżowe. Razem: owa zasada stopniowego, ale stanowczego podboju
gruntownie urzeczywistniana (tak chętnie mówią o tym Flamandowie,
chętnie podkreślają: my nie mamy skłonności do wielkich wzlotów, do
żarliwych przeżyć religijnych, ale kochamy katolicką konsekwencję
życiową, z zamiłowaniem opracowuje każdy z nas swoją komórkę, tę, która
mu przypadła w udziele. Czyż to nie jest jednak pełnowartościowe
zrozumienie swego uczestnictwa w Mistycznym Ciele Chrystusa?) Taki
stopniowy podbój życia dla katolicyzmu nie może być tylko czysto
technicznym przejawem albo politycznym chwytem. Zwłaszcza, jeśli jest
tak dbały o całkowitą katolicką świadomość. „Sentire cum Ecclesia” nie
oznacza tam przede wszystkim uczuciowej łączności z Kościołem, ale
raczej chłodną na zewnątrz i dosyć twardą, a równocześnie ogromnie
świadomą jedność myślenia i chcenia.

Jak ogromna w obrębie tej
jedności panuje karność, można się było przekonać na podstawie pewnej
długiej rozmowy z Polką, osobą wykształconą i religijnie przygotowaną
(należała do katolickich stowarzyszeń akademickich w Polsce, wychowana
u zakonnic); obecnie jako żona Holendra miała sposobność zetknąć się
bezpośrednio z całym wewnętrznym życiem holenderskiego katolicyzmu. I
cóż? Została prawie odrzucona, nie może się zdobyć na ponowne
nawiązanie z nim łączności. Tak ogromnie są tam twardzi, tak bardzo
wymagają konsekwencji i karności, tak bardzo kładą nacisk na
odpowiedzialność, że czuje się dalszą od swoich współwyznawców niż od
jakichkolwiek innych. Taki jest ich styl. Nie chodzi w nim o
zaspokajanie uczuciowych potrzeb i skłonności religijnych, chodzi o
świadomego ducha katolickiej jedności. „Jest to coś zupełnie innego niż
u nas – ja chyba nie zdobędę się na to, aby iść jeszcze raz do tych
księży…” – oświadcza z całą determinacją. „A przecież to jest
wszystko sprawa mojego wolnego wyboru, rzecz przekonania, nikt nie może
mi stawiać tak ścisłych i bezpośrednich wymagań”.

Taka rozmowa
ogromnie wiele odsłania. Odnajdujemy w niej bez trudu dwa światy, dwie
odmiany katolicyzmu. Niepodobna schodzić do szczegółów tej rozmowy;
dość podkreślić, że owa pani była osobą inteligentną, religijnie
wykształconą i w Polsce z całą pewnością wzorowo praktykującą. Mąż,
aczkolwiek protestant – i to z tych bardzo już szczątkowo wierzących –
zdawał się jednak okazywać pewną sympatię religii w ogóle, nawet pewne
ślady jakiegoś poszukiwania prawdy; wszystko na podłożu bardzo
racjonalistycznym i po protestancku liberalnym. Ona nawet zupełnie
wyraźnie zdawała sobie sprawę, jakie w związku z tym ciążą na niej
obowiązki. Ale za żadną cenę nie chciała się zgodzić na ten styl.
Wydawał się jej wręcz niechrześcijański (chrześcijański to był taki jak
w Polsce) – wyrachowany, zimny, kategoryczny. Sądziła, że jeśli jakiś
katolicyzm zdoła pociągnąć jej męża, to właśnie taki, jaki zostawiła w
Ojczyźnie.
A jednak ten katolicyzm, który wyrósł i rozwinął się jako
funkcja przeciwstawna dla holenderskiego protestantyzmu, i pomimo
ogromnie nierównego startu, wytrzymał nie tylko porównanie życiowe z
nim, ale – co więcej – coraz pełniej wychodzi zwycięski z wiekowego
współzawodnictwa – ten katolicyzm jest ogromnie prawdziwy. Odważył się
na getto historyczne; w tym swoim odosobnieniu postawił na całkowitą
realizację swych myślowych i życiowych zasad, nie uląkł się
upośledzenia. Jest ogromnie instytucjonalny (Holendrzy podobnie jak ich
bracia Flamandowie belgijscy mają wysokie zrozumienie dla potrzeby
organizowania się). Instytucjonalny – a więc krańcowo przeciwny
względem francuskiego typu „communauté missionnaire”, gdzie raczej
chodzi o przenikanie ideowe, o zdobywanie dla ideologii, aniżeli o
bezpośrednie podkreślanie instytucji. Może w tym ostatnim jest mniej
odważny; księża bowiem z francuskiej „Mission” pracują na zrębach tego
przeświadczenia: jeśli w naszym „pays de mission” ukażemy Ewangelię,
ukażemy ewangeliczny styl życia, zyskamy dlań z całą pewnością naszych
niewierzących. Moment instytucjonalny przyjdzie później z całą
nieodzowną koniecznością. W Holandii ten ostatni moment wydaje się
bliższym. Ewangelia to znaczy Kościół.

Naprzeciw protestantów wychodzi holenderski katolicyzm również, ale
nie zdaje się bynajmniej, aby to uważał za swoje pierwsze zadanie.
Pierwsze jest owo wsobne i organiczne, które starano się zarysować
powyżej. Tamto jest jedną z funkcji wtórnych, wynikających z samej
konieczności współżycia obu wyznań chrześcijańskich w tym samym kraju.
Znajdujemy więc po miastach, w takim np. Amsterdamie, osobne biura czy
też przychodnie publiczne, w których szczegółowo opracowuje się każdy
wypadek „nawrócenia” protestanta na katolicyzm. Zajmują się tą sprawą
osobni księża znający to zagadnienie gruntownie. Osoby odczuwające
jakiś religijny niepokój w protestantyzmie, czy też po prostu
zainteresowane w poznaniu religii katolickiej, choćby nawet ze względu
na małżeństwo (mieszane) ze stroną przynależącą do tej religii,
odwiedzają takie przychodnie (noszą one nazwę „drzwi otwarte” – co po
holendersku znaczy, jeśli mnie pamięć nie myli, „open door”). Mogą tam
w ciągu szeregu rozmów zestawić swe trudności z przedmiotowym wykładem
wiary katolickiej, szukać odpowiedzi na dręczące pytania religijne, czy
po prostu religijnej porady. I należy przyznać, że owe „otwarte drzwi”
do prawdy często się otwierają, setki i tysiące osób przechodzą przez
nie w ciągu roku, wiele z nich nawraca się. Można przypuszczać, jak
ogromnie głęboką, a przy wszystkim innym, jak bardzo ciekawą musi być
praca owych księży, trzymających ręce na pulsie tylu różnorodzajowych
nawróceń. Muszą oni chyba dobrze znać wewnętrzny przebieg wiary
wschodzącej i narastającej.

Oprócz takich „drzwi otwartych”
urządzane bywają zebrania religijne w miejscach publicznych, ale zawsze
poza kościołem. I one również mają za cel wtajemniczanie, wyjaśnianie i
pogłębianie wiedzy o katolicyzmie. Ileż tutaj wnosić muszą właśnie
uczestnicy o przeciwnych poglądach religijnych, jak bardzo to rozbudza
konieczność myślenia i rozumienia własnej wiary! Po tym wszystkim
niepodobna się chyba dziwić, że holenderska tradycja katolicka opiera
się na tak silnej świadomości rozumowej, jest owocem rozumnego wyboru,
za którym idzie życiowa konsekwencja. Sąsiedztwo protestantyzmu zmusiło
do takich nastawień.

Na tym kończę ten rzut oka na sprawy
holenderskiego katolicyzmu. Jest to żywy wycinek Kościoła walczącego,
tak bardzo wartościowy i znamienny. Obraz jego, który tutaj wydobyto,
nie obfituje tak bardzo w szczegóły opisowe, raczej daje wyraz
narzucającym się porównaniom i zestawieniom. Tak zarysował się w ciągu
ośmiodniowej podróży, kiedy to pod świeżym wrażeniem francuskiego „pays
de mission” Holandia przedstawiła się jako strefa zupełnie odmiennych
zagadnień. Zmieniając szybko pociągi i posuwając się od Bredy do
Rotterdamu, następnie do Hagi, przez Leiden do Amsterdamu, a stamtąd na
południe przez Hilversum na Utrecht i dalej przez Einsiedeln na
Maastricht można się było nauczyć wielu prawd o holenderskim
katolicyzmie w rozmowach z księżmi i świeckimi katolikami, przy
odwiedzinach różnych placówek katolickiego życia i myśli, zwiedzając
wspaniałe gotyckie tumy, które dzisiaj na ogół są zborami
protestanckimi, objawiając dokładną pustką i ascetycznym obnażeniem
swoich wnętrz jeszcze bardziej swój wrodzony ogrom i majestat, podczas
gdy katolickie kościoły gnieżdżą się obok w skromnych swoich budynkach
– w ciągu tych wszystkich dni – powtarzam – można się było wiele
nauczyć i dowiedzieć nie tylko o holenderskim, ale o katolicyzmie w
ogóle, a mając pod ręką świeży materiał porównawczy przekonać się, jak
bardzo rzeczywistą jest prawda o Kościele walczącym, i więcej jeszcze,
jaka jest różnorodna rozpiętość tych jego walk, od jakich się napięć
zaczyna, i jak się później siłą tych pierwszych napięć rozbudza i
rozwija. Jak wszędzie żyje i pogłębia się, w ilu się pojawia odmianach
to samo jego życie, w jakie obfituje możliwości rozwiązań, jak naprawdę
zdolen jest odnaleźć właściwą linię wśród różnych trudności. Jak przede
wszystkim – rozwija się i kształtuje od załamań i głębokich nawet
ciosów zadanych, czy też od rzeczywistych – po ludzku sądząc – upadków.

„Tygodnik Powszechny” 18 maja 2004 r.